W ostatnich dniach polskie media zdominował news, o tym, że Przemysław Kral, były szef upadłej giełdy kryptowalut Zondacrypto, „został świadkiem koronnym”. Człowiek, który stał za ogromną platformą do handlu kryptowalutami reklamowaną częściej niż niejeden bank, z dnia na dzień przechodzi na stronę prokuratury i wychodzi z tego bez szwanku. Wielu odbiorcom przekazywane informacje mogą kojarzyć się ze scenami filmowymi, w których rosły osobnik składa zeznania z zaciemnioną twarzą i zmienionym cyfrowo głosem – niczym w słynnych programach telewizyjnych z udziałem chyba najsłynniejszego „skruszonego gangstera” o pseudonimie Masa
Niestety nazwa „mały świadek koronny” powtarzana przy wielu medialnych sprawach karnych potrafi namieszać odbiorcom w głowach. O ile „mały świadek koronny” został przez media podobno nazwany jak instytucja świadka koronnego, w prawie karnym kryją się za nimi dwie zupełnie różne instytucje. Różnica między nimi bywa warta kilku lat życia. A w sprawie o straty liczone w miliardach, znacznie więcej.
Zacznijmy od tła samej afery, ponieważ ma ono tu kluczowe znaczenie. Według doniesień medialnych Kral usłyszał zarzut udziału w oszustwie wielkich rozmiarów, a straty klientów Zondacrypto śledczy szacują na co najmniej 2,4 miliarda złotych. Prokuratura ma traktować giełdę jako narzędzie do wyprowadzania pieniędzy inwestorów pod płaszczem ochronnych niektórych polityków. Były prezes, korzystając z pomocy swoich obrońców, miał rozpocząć współpracę ze śledczymi i złożyć obszerne wyjaśnienia, ujawniając cały mechanizm przestępczej działalności, w tym osoby bardziej lub mniej w nią zaangażowane. To właśnie ta współpraca kryje się pod hasłem „mały świadek koronny”, a w żargonie przestępczym pod jeszcze krótszą nazwą. Sześćdziesiątka.
Zaznaczę od razu, bo w takich sprawach to obowiązek adwokata, a nie kurtuazja. W sprawę nie jestem zaangażowany, nie zapoznawałem się z jej aktami, a moja cała wiedza bazuje wyłącznie na doniesieniach medialnych. Przemysławowi Kralowi przysługuje domniemanie niewinności, a szczegóły postępowania objęte są tajemnicą śledztwa. Nie oceniam tu jego sprawy, ani przecieków do jakich codziennie wychodzi. Chce tylko wyjaśnić mechanizm, o którym przy okazji tej afery mówi dziś chyba cała Polska.
Skąd ta „sześćdziesiątka”
Odpowiedź jest prostsza niż wielu może się wydawać. Słynna „sześćdziesiątka” bierze się wprost numeru art. 60 Kodeksu karnego, który reguluje nadzwyczajne złagodzenie kary. Przepis ten to pewnego rodzaju furtka pozwalająca sądowi zejść z karą poniżej ram, które za dane przestępstwo przewiduje kodeks karny, a czasem sięgnąć po karę łagodniejszego rodzaju, na przykład grzywnę zamiast więzienia.
Wyjaśnijmy na przykładzie: Przestępstwo zamachu na życie Prezydenta RP zagrożone jest karą nie krótszą niż 12 lat więzienia. W „normalnych” warunkach Sąd nie może orzec kary niższej, chyba, że do sprawcy możliwe będzie zastosowanie wspomnianego nadzwyczajnego złagodzenia kary. W takim przypadku Sąd może obniżyć karę nawet o 8 lat, czyli do 4 lat pozbawienia wolności.
Sam przepis ma kilka paragrafów i nie każdy dotyczy małego świadka koronnego, czyli współpracy z organami. Ale ten, który rozpala wyobraźnię i o którym mówi się w sprawie Zondacrypto, to paragraf trzeci. I to właśnie jego ma się zwykle na myśli, mówiąc, że ktoś „idzie na sześćdziesiątkę”, czy „współpracę z prokuraturę”.
Kto naprawdę może zostać „małym świadkiem koronnym”
To nie jest tak prosta sprawa jak często jest to przedstawiane w mediach i jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Artykuł 60 § 3 dotyczy sprawcy, który po pierwsze współdziałał z innymi osobami w popełnieniu przestępstwa, a po drugie – następnie ujawnił organom ścigania informacje o tych osobach oraz istotne okoliczności jego popełnienia. Trzeba spełnić kilka warunków naraz, a każdy z nich potrafi przesądzić o wszystkim.
Po pierwsze, przestępstwo popełnione we współdziałaniu. Samotny sprawca na podstawie tego przepisu nie dostanie statusu „małego świadka koronnego”, bo nie ma na kogo wskazać. Utrwalone orzecznictwo wymaga tu współdziałania z co najmniej dwiema innymi osobami. Czyli samotny wilk nie może zostać sześćdziesiątką na tej podstawie. Ciekawym przykładem tego ograniczenia jest sprawa jednego z moich Klientów, który jeszcze przed kontaktem ze mną jako swoim obrońcą, postanowił współpracować z Prokuraturą uznając, że w ten sposób uzyska nadzwyczajne złagodzenie kary. Problem o jakim uświadomiłem go po przystąpieniu do sprawy, sprowadzał się do tego, że posiadał on informacje wyłącznie o jednej osobie, która przywoziła mu narkotyki. Z racji, że jego wiedza nie obejmowała co najmniej 2 osób, których wymaga orzecznictwo, nie mógł zostać małym świadkiem koronnym. Dalsza obrona w tej sprawie pozostaje tajemnicą, dlatego nie będę jej tu opisywał.
Po drugie, ujawnienie osób. Nie jednego wybranego nazwiska, lecz wszystkich znanych sprawcy uczestników przestępstwa. Intencjonalne zatajenie wspólnika, uniemożliwia skorzystanie z tej instytucji, niezależnie od obszerności ujawnionych informacji. Niejednokrotnie spotykałem się na sali rozpraw ze sprawcami, którzy przekonani, że prokuratura nie wie o udziałe jakichś osób w sprawie, celowo kryli je, markując współpracę z organami ścigania, opowiadając jedynie o wybranych osobach.
Po trzecie, ujawnienie istotnych okoliczności. Nie barwnych szczegółów bez znaczenia, tylko tego, co realnie pozwala rozliczyć pozostałych. Jaka była hierarchia grupy, jaki był podział obowiązków, kto był inicjatorem, jakie zyski osiągnięto itp.
I po ostatnie, czyli rzecz, która najbardziej zaskakuje wielu klientów. Ujawnić oznacza powiedzieć to, czego organy jeszcze nie wiedzą, albo o czym sprawca sądzi, że nie wiedzą. Jeżeli ktoś zaczyna wyjaśniać dopiero, gdy prokurator kładzie przed nim zapisy podsłuchów, wydruk wiadomości i zeznania innych osób, to nie ma mowy o spełnieniu przesłanki ujawnienia. Ważne- nie oznacza to jednak, że sprawca musi powiedzieć prokuraturze coś, czego ta rzeczywiście jeszcze nie wie. Wystarczy, że sam nie ma świadomości, iż przekazywane przez niego informacje są już znane organom ścigania. Innymi słowy, jeżeli sprawca nie zna akt sprawy i zaczyna sam z siebie opowiadać o innych sprawcach z nim współdziałających i okolicznościach popełnienia przestępstwa, przeświadczony, że prokuratura nie dysponuje jeszcze tymi informacjami – ma szanse na uzyskanie statusu tzw. małego świadka koronnego.
Człowiek, bez którego sześćdziesiątka nie zadziała
Tu dochodzimy do niuansu, który w medialnym szumie ginie niemal zawsze, a jest absolutnie kluczowy. Kilka lat temu doszło do gruntownej zmiany omawianego tutaj przepisu (art. 60 § 3 Kodeksu karnego). W chwili obecnej, skorzystanie z tej instytucji uzależnione jest nie tylko od oceny wiarygodności sprawcy dokonanej przez Sąd, ale przede wszystkim od wniosku prokuratora, które którego zastosowanie „sześćdziesiątki” nie jest możliwe. Czyli nawet najszczersza, najszersza i najlepiej udokumentowana współpraca podejrzanego sama z siebie nie uruchamia łagodniejszej kary, jeżeli prokurator z niezależnych przyczyn takiego wniosku nie złoży.
Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wcześniejsze brzmienie przepisu art. 60 § 3 Kodeksu karnego pozostawiało decyzję o nadzwyczajnym złagodzeniu kary wyłącznie w rękach sądu, nawet w obliczu wyraźnego sprzeciwu prokuratury.
I jeszcze jedno, o czym przypomniał niedawno sam prezes Naczelnej Rady Adwokackiej. Wniosek prokuratora nie zastępuje wyroku. Ostatnie słowo należy do sądu, a żadnej gwarancji łagodnego rozstrzygnięcia nikt podejrzanemu wręczyć nie może – nawet prokurator. Nie istnieje też żadna formalna umowa zatytułowana „status małego świadka koronnego”, która dawałaby pewność sprawcy, że prokurator na koniec śledztwa wywiąże się ze swojej obietnicy.
Co dostaje „mały świadek koronny”, a czego nie dostaje
Sedno całej różnicy mieści się w jednym zdaniu. Mały świadek koronny wciąż jest sprawcą. Pozostaje podejrzanym, potem oskarżonym i jeżeli dowody na to pozwalają – może zostać skazany. Jego „nagrodą” jest wyłącznie łagodniejszy sposób potraktowania przy wymiarze kary. Jak podałem na wcześniejszym przykładzie jest to różnica kolosalna, ponieważ w przypadku najpoważniejszych przestępstw sięga aż 2/3 kary, a w przypadku tych łagodniejszych pozwala nawet całkowicie uniknąć wymierzenia kary (ale nie formalnego skazania!). Niezależnie od wymierzonej kary to wciąż wyrok skazujący, wpis do rejestru i odpowiedzialność za to, co się zrobiło.
Teraz zestawmy to z prawdziwym świadkiem koronnym. Ten drugi nie wywodzi się z artykułu 60 Kodeksu karnego. Reguluje go odrębna ustawa z 1997 roku o świadku koronnym wprowadzona w latach 90tych na potrzeby walki z nowym wówczas zjawiskiem – przestępczości zorganizowanej. Chyba najgłośniej o tej instytucji zrobiło się nie tylko za pomocą kina, ale przede wszystkim zapewne znanego wszystkim Jarosława S. pseudonim Masa.
Ta ustawa zmieniła coś fundamentalnego, a mianowicie rolę w procesie. Prawdziwy świadek koronny przestaje być oskarżonym, ponieważ postępowanie przeciwko niemu zostaje umorzone, a z ławy oskarżonych przesiada się na miejsce dla świadka. W zakresie objętym ustawą po prostu nie podlega karze.
Cena bywa jednak wysoka, a poprzeczka znacznie wyższa niż w przypadku tzw. „sześćdziesiątki”. Świadek koronny musi ujawnić majątek własny oraz znany mu majątek wspólników i zobowiązać się do złożenia przed sądem wyczerpujących zeznań. Dodatkowo ustawa wyklucza przyznanie statusu świadka koronnego między innymi sprawcy, który usiłował popełnić albo popełnił zabójstwo, nakłaniał do niego lub kierował zorganizowaną grupą lub związkiem przestępczym. Ta droga zarezerwowana jest dla najcięższego kalibru, przede wszystkim przestępczości zorganizowanej.
Najkrócej rzecz ujmując: świadek koronny dostaje bezkarność, natomiast mały świadek koronny dostaje rachunek, tylko wystawiony na niższą kwotę.
Dlaczego państwo w ogóle nagradza przestępców za obciążanie innych
Bo bez tego bardzo często nie byłoby w stanie dosięgnąć tych, którzy stoją najwyżej. Afera taka jak Zondacrypto to nie napad z bronią w ręku, gdzie niekiedy wszystko widać jak na dłoni. To siatka spółek, umów, przelewów, pełnomocników i kryptowalutowych transferów. Blockchain pokaże, dokąd popłynęły środki. Dokumenty pokażą, kto formalnie coś podpisał. Ale dopiero człowiek, który siedział wewnątrz mechanizmu, potrafi wyjaśnić, dlaczego pieniądze popłynęły akurat tam i kto naprawdę podejmował decyzje, a kto z niej czerpał zyski.
W tego typu sprawach w sądzie najczęściej słyszymy „nie wiedziałem”, „tylko podpisałem umowę”, „to była decyzja innych”. Mały świadek koronny, ujawniający całą strukturę z perspektywy „człowieka z wewnątrz”, psuje tę linię obrony wszystkim naraz. Dlatego państwo świadomie godzi się złagodzić odpowiedzialność jednego, by móc rzeczywiście rozliczyć wszystkich sprawców. Jest to zwyczajna kalkulacja potencjalnych zysków, kosztem pewnuch ustępstw.
Dlaczego to jedna z najtrudniejszych decyzji w całym procesie
Dla osób, które nie miały nigdy do czynienia z wymiarem sprawiedliwości może ona wydać się banalnie prosta. Wystarczy szczerze powiedzieć co się wie i spać spokojnie. W praktyce jest niekiedy odwrotnie, bo raz złożonych wyjaśnień nie da się cofnąć. Słowa podejrzanego niosą za sobą poważne konsekwencje dla osób z nim współdziałających. Sześćdziesiątka nie dostaje ochrony, czy zmiany tożsamości jak prawdziwy świadek koronny.
A jeśli prokurator ostatecznie wniosku nie złoży albo sąd uzna, że warunki nie zostały spełnione, podejrzany zostaje w najgorszym z możliwych położeń. Bez łagodniejszej kary, za to z łatką tego, który sypał, i z własnymi wyjaśnieniami obciążającymi jego samego i kolegów. Dlatego wizja spontanicznego marszu do prokuratury z hasłem „powiem wszystko, a wy dacie mi sześćdziesiątkę” to jeden z gorszych pomysłów na obronę, jakie znam. Strategię układa się przed złożeniem wyjaśnień, nie po nim. I nie jest to nigdy decyzja, którą podejmuje się w pojedynkę, na gorąco, tuż po zatrzymaniu, a więc w momencie, w którym człowiek najsłabiej nadaje się do racjonalnych wyborów.
Oczywiście czasem współpraca to najlepsza droga, zwłaszcza gdy dowody są dla Klienta przytłaczające, zagrożenie karą wysokie, a klient rzeczywiście dysponuje wiedzą cenną dla prokuratury. Czasem jednak jest dokładnie odwrotnie i lepiej milczeć oraz metodycznie rozbierać materiał dowodowy na części pierwsze. Prowadziłem sprawy, w których konsekwentna odmowa składania wyjaśnień i cierpliwa praca nad dowodami przyniosły łagodniejszy finał niż niejedna pochopna „współpraca”.
Sęk w tym, że tej różnicy nie da się ocenić z perspektywy doniesień medialnych, do który trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. Konieczna jest znajomość akt, materiału dowodowego i realnego ciężaru sprawy. To jest właśnie moment, w którym doświadczony obrońca odrabia swoje wynagrodzenie.
Sprawa Zondacrypto jeszcze długo będzie żyła w mediach, a wraz z nią mit o „świadku koronnym, który wyszedł suchą stopą”. Jeżeli kiedykolwiek staniesz przed podobną decyzją, Ty albo ktoś Ci bliski, zapamiętaj jedno. Zanim przy prokuratorskim biurku padnie pierwsze zdanie, obok powinien siedzieć ktoś, kto potrafi policzyć, ile to zdanie naprawdę kosztuje i ile jest warte.
adwokat Michał Gajda
Skontaktuj się z naszymi adwokatami w Szczecinie lub Warszawie. Odpiszemy w ciągu 24 godzin.